
W ubiegłym sezonie sir Alex Ferguson stwierdził, że John O'Shea był jednym z ważniejszych zawodników Manchesteru United. Reprezentant Irlandii niedawno zaliczył swój 350. występ w barwach "Czerwonych Diabłów", ale, jak sam zapowiada w rozmowie z dziennikarką ManUtd.com, wciąż ma wiele do osiągnięcia.
Czy miniony sezon był Twoim najlepszym w zespole Manchesteru United albo nawet w całej dotychczasowej karierze?
Całkiem możliwe. Między poprzednim i sezonem, w którym po raz pierwszy byłem podstawowym zawodnikiem składu [2002/2003 - przyp. red.] jest bardzo niewielka różnica. Wtedy pierwsze zwycięstwo w Premier League było czymś wyjątkowym, ale z drugiej strony triumf w Anglii, dostanie się do finału Ligi Mistrzów i gra w większości spotkań ubiegłego sezonu było czymś niezwykłym. Myślę, że właśnie rozgrywki 2008/2009 mają w tej kwestii lekką przewagę.
Spędziłeś większość swojej kariery grając na lewej obronie. Czy teraz uznajesz przeciwległą stronę defensywy jako Twoją nominalną pozycję?
Myślę, że w tej chwili tak, ale to się może szybko zmienić. Jeżeli menedżer ciągle na ciebie stawia, to znaczy, że dobrze wykonujesz swoje zadania. Jednak w takim klubie jak ten, nie można spocząć na laurach, bo konkurencja w zespole jest bardzo zacięta.
Od Twojego debiutu minęło już niespełna dziesięć lat. Który moment był dla Ciebie wyjątkowego w tej ostatniej dekadzie i jeżeli mógłbyś rozegrać jeszcze raz jakieś spotkanie, to które byś wybrał?
Hmm, to trudne pytanie. Jestem szczęśliwy, że w ogóle zagrałem w tak wielu świetnych spotkaniach, zdobywając trofea i prawdopodobnie wygranie pierwszego mistrzowskiego medalu wybrałbym jako ten najlepszy moment. Natomiast jeżeli chodzi o wskazanie konkretnego meczu, to byłby to finał Ligi Mistrzów z Barceloną, żebyśmy mogli zagrać tak, jak należy. Mamy nadzieję, że uda nam się ponownie dotrzeć do finału w tym sezonie.
Czy po tym, co stało się w Rzymie, macie dodatkową motywację, by odnieść sukces w Champions League?
Zdecydowanie. Wygranie finału w Moskwie w 2008 roku było czymś niesamowitym, dlatego ponowne znalezienie się w finale było naszym celem. Udało nam się to, ale później powinęła nam się noga. Teraz mamy motywację, by tym razem wykonać ten decydujący krok. Co więcej, ze składem, który mamy, jesteśmy w stanie tego dokonać. Byłbym wniebowzięty, gdybym mógł ponownie zagrać w finale i w dodatku zwyciężyć. Sam występ w Rzymie był świetnym doświadczeniem, ale trzeba zrobić swoje właśnie w ten wieczór, niestety zawiedliśmy. Mimo wszystko, gra w tak prestiżowym meczu jest tym, do czego dąży się w całej karierze i mam nadzieję, że znowu to osiągniemy.
Czy tym razem do pobicia znowu będzie Barcelona?
Trzeba takie coś założyć. Średnia wieku zespołu, a także doświadczenie, są niewątpliwie ich atutem, jednak nie możemy się niczego obawiać. Mamy świadomość, że wynik w Rzymie mógłby wyglądać zupełnie inaczej i że tamta noc mogła należeć do nas. Real Madryt wydał sporo pieniędzy, a co ważniejsze, wydał je na świetnych piłkarzy. Inter Mediolan także wygląda o wiele lepiej, jestem też pewny, że Chelsea będzie liczyć na triumf w Europie, a Liverpool jest bardzo doświadczonym zespołem, jeżeli chodzi o te rozgrywki. Jak widać, jest kilka zespołów, które mają spore szanse na triumf w Lidze Mistrzów.
A teraz pytanie z innej beczki. Jaki jest twój ulubiony irlandzki sport? Z tego, co wiadomo, jesteś wielkim fanem futbolu gaelickiego, a także hurlingu...
Tak, śledzę obie dyscypliny. Kiedyś uwielbiałem grać w futbol gaelicki, natomiast jeżeli chodzi o oglądanie, to stawiam na hurling. Mój ojciec pochodzi z Kilkenny i tam mają najlepszą drużynę hurlingu - wygrała wszelkie możliwe rozgrywki w Irlandii więcej razy niż jakikolwiek inny zespół. Z kolei ja, moja mama i mój brat jesteśmy z Waterford i trochę brakuje nam sukcesów. Hurling to bardzo intensywny sport, a determinacja, umiejętności i odwaga, jakie pokazują zawodnicy, to coś, co po prostu chce się oglądać. Porządny mecz hurlingu jest tak samo dobry, jak jakikolwiek inny mecz dowolnej dyscypliny na świecie.
SESSION FIGHTER :)
BLOG NR 200