[KONKURS] W Mieście Fotki już niedługo swój dom znajdą niesamowite zwierzaki... Skąd się wzięły? - Smeet | Fotka.com

[KONKURS] W Mieście Fotki już niedługo swój dom znajdą niesamowite zwierzaki... Skąd się wzięły?

Wątek zamknięty
Już niedługo do naszego miasteczka zawitają szczególne zwierzaki...

Będą mogły wykonywać sztuczki! Ale tylko na polecenie swojego właściciela... Nikogo innego się nie słuchają!
Są bardzo wierne.. a jak już będą wystarczająco duże chętnie podążą za swoim panem nawet poza jego mieszkanie!

Skąd się takie zwierzaki wzięły? Myślę, że zasługują na swoją opowieść..

Ja zaczynam, a Wy kontynuujcie!

Co pewien czas opublikuję post a autor poprzedniego otrzyma nagrodę: wybranego zwierzaka z tych, które zamieszkują luksusowy pałac!
Nie znacie dnia ani godziny! Acz postować będę często ;-)

Zabawa trwa do odwołania!



Oto początek opowieści o pewnym niesamowitym zwierzaku...

Dawno dawno temu... gdy w Mieście Fotki jeszcze nie otworzono nawet Kawiarni Flirt a ludzie nie wiedzieli co to hip-hop,nad rynkiem MF rozbłysły wielkie światła, zaczął wiać niesamowicie silny wiatr, latarnie same z siebie zaczęły się zapalać,
a krzewy przy wejściu do kina same zaczęły zmieniać kolor. Na promenadzie ktoś niewidzialny zaczął grać w klasy.. Nagle...
nagle oczom zgromadzonych ukazała się ciemna chmura dymu.. jednak w jej środku coś połyskiwało..
Czyżby kosmici?
TAK!
Ze statku kosmicznego głowę wychylił mały stworek..a za nim ukazało się małe psiątko .
Mieszkańcy Miasta Fotki zaczęli uciekać przerażeni. Kosmita również się przestraszył. W tym całym zamieszaniu małe psiątko wypadło ze statku i schowało się w jednym z mrocznych kątów rynku MF...
Psiątko było bardzo przerazone i głodne, bało sie wyjsc na rynek poniewaz nie wiedzialam co zrobia z nim ludzie. Dwa dni pozniej gdy mlodzi chlopcy grali w pilke, ona mocno kopnieta powendrowala do mrocznego kata w ktorym znajdowal sie psiak. Chlopiec gdy podbiegl po pilke, ujrzal biednego psiaka i wzial go na rece. Gdy jego koledzy go ujrzeli to........
Schowało Się W Krzaki Lecz Jeden Człowiek Był Odważny Do Niego Podejść To Była Pani Fenomenka..
Lecz Gdy Małe Psiątko Zauważyło Panią Fenomenke Od razu Ją Pokochał I Rzucił Się Na Panią Fenomenke Liżac Językiem Panią Fenomenke..
Lecz Ze Statku Wyszedł Mąż Psiątka Anofryd...
Pani Fenomenka Przygarneła Psiątko I Anofryda Do Siebie..
Po Kilku Miesiącach Psiątko I Anofryd Urodzili Dużo Dzieci:)
Każdy Chciał Kupić Chociaż Jednego Lecz.........
Lecz .... psiaki wybierały właścicieli tych godnych zaufania
nie dało się ich kupić każdy pisak wybrał sobie pana :D
Ale jeden psiak nie mógł wybrać :(
szukał i szukał .. nagle... zobaczył ?
kogoś ? coś nie to był jego ....
.... cień, psiak szukał dalej swojego pana. Błądził po całym mf. Szukał na rynku, na promenadzie, był nawet w kasyno, lecz nikogo nie znalazł, kto mógłby się nim zaopiekować. Był bardzo smutnym pieskiem, a jego rodzeństwo miało już właścicieli i było szczęśliwe. Lecz pewnego dnia, gdy przyszedł na plażę mf....
zastał przeogromny tłum bawiących się na plaży. Każdy był przebrany za inne zwierzątko. Nikt za psa. Zadowolony wmieszał się w tłum. Nie czując się już osamotniony; świetnie się bawił z nowymi przyjaciółmi. Czas upływał. Zmęczeni ludzie się rozchodzili do swych domów, on zmieniał towarzyszy zabawy, aż został sam na sam z...
...z wielkim czerwonym krabem, siedzącym na wielkim, rozgrzanym słońcem, kamieniu. Już miał ugryźć kraba, gdy ten powstrzymał go, obiecując, że za darowanie życia, opowie mu historię pewnych kotów. Psiak po krótkim namyśle zgodził się. Ułożył się wygodnie na rozgrzanym piasku i zaczął słuchać swego rozmówcy. Krab zachrząkał lekko, po czym rozpoczął opisywanie owej historii.

Raj nieświadomości

Cena każdego kotka, przyprawiała o solidny ból głowy. Były wyjątkowe, były niesamowite, były jedyne w swoim rodzaju! A fakt, że czas i inne mniej lub bardziej sprzyjające okoliczności sprawiły, że nie zostało ich już zbyt wiele, powodował, że czarnorynkowa ich wartość była wysoką wielokrotnością wartości rzeczywistej zwierzaczków. Choć one same nie miały o tym najmniejszego pojęcia i żyły w raju nieświadomości. Dla nich liczyło się tylko tu i teraz. Liczyła się dobra zabawa i przyjemne spędzanie czasu. Tego się trzymały, bądź starały się trzymać, wszystkie. No... prawie wszystkie.

Zamknięte balkonowe drzwi

Siedział w złotym salonie. Wilgotnym nosem tworząc smugi na szybie drzwi balkonowych, wpatrzony był gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie nie sposób było dostrzec już niczego, za sprawą ulewy, jaka przetaczała się przez okolicę. Pogoda na zewnątrz nie wiele różniła się od pogody ducha, jaka panowała w nim samym. Choć był jeszcze młodym kociakiem, doskonale zaczynał rozumieć zależności, jakimi kierował się świat i jakimi kierowali się jego mieszkańcy. Z każdym kolejnym dniem swego bytu, z każdą kolejną godziną, coraz bardziej uświadamiał sobie w jakim otoczeniu przyszło mu żyć. Mógł to akceptować, mógł to negować, mógł wyrażać swoją opinię, lecz i tak nie był przez nikogo rozumiany. Jego ekspresja własnego zdania, czy to bardzo złożona, czy to nader płytka, była dla otoczenia jedynie radosnym mruczeniem, bądź złowrogim krzykliwym - ujmując kolokwialnie - darciem pyska. Niczym mniej. I też niczym więcej. Nie pozostawało mu więc nic innego, jak sięgać pamięcią wstecz tak dalece, jak tylko jego rozwijający się dopiero umysł pozwalał. I tępo wpatrywać się w niedostrzegalną dal, która była niemal na wyciągnięcie ręki, gdyby nie balkonowe drzwi. Zamknięte balkonowe drzwi.

Powinienem tu być

Na świat przyszedł latem, piątego lipca, później, niż pozostałe koty. Jednak szybko dorównał im kroku. Głodny świata, głodny wiedzy i głodny jedzenia, odnalazł się w jednym z pomieszczeń wielkiego domu. Tam spędzał najwięcej czasu, tam uczył się żyć. Tam też poznawał innych mieszkańców, tworzył znajomości, tworzył przyjaźnie, tworzył coś więcej. Jego talent szybko dostrzeżono, zamieniając jego "chcę tu być" w "powinienem tu być". I tak też było. Ku uciesze tak jego, jak i współmieszkańców. Z czasem odnalazł w sobie coś jeszcze. Coś, co dawało mu więcej satysfakcji, niż niewinne drapanie w drzwiczki wielkiego stołu, za którymi znajdowały się drożdże, czy też wdrapywanie się na ów stół, by obserwować obracające się, rozdrabniające mąkę, żarna. Przesiadywanie na piecu. Obserwacja terenu, który nocą nawiedzały myszy i niesamowicie głośne miałczenie, gdy dostrzegł którąś z nich. Tak głośne, że myszy w popłochu znikały w miejscach, skąd się pojawiały. Właściciele domu, choć słów ich nie rozumiał, zaczęli określać go jako stove vigilante. Piecowy strażnik. Jako jedyny ze wszystkich pozostałych kotów. Właśnie w kuchni. To był jego teren, to było jego zadanie. Poraz kolejny "chcę tu być" przeistoczyło się w "powinienem tu być". Nie zajęło mu wiele czasu oswojenie się z nałożoną na szyję czarną skórzaną obrożą, do której doczepiony był nieśmiertelnik z wzorkiem, którego nie rozumiał. Najważniesze było to, że na piecu było ciepło, że czuł się przydatny, że starał się swoje powinności wykonywać najlepiej jak potrafił. Najważniejsze było to, że jego głośne miałczenie przynosiło efekty.

Głośne miałczenie

Biegał po wszystkich pokojach, po wszystkich meblach, czasem nieumyślnie przewracając stojące na nich przedmioty. Wszędzie było go pełno! Jego biegania, jego skakania, jego drapania i jego miałczenia. Gdy właściciele wracali do domu, ten nie omieszkał podbiegiwać, ocierać się o nogawki ich spodni i mruczeć. Z początku było to zabawne, z czasem jednak stało się męczące. Zwierzak był potrzebny, był przydatny, można było, może też trochę należało - przymykać oko. Pozwalać mu na harce. Pozwalać na przysłowiowe chodzenie po głowie. Mijał czas, jedni właściciele odchodzili, inni przychodzili, kot dorastał. Niektórzy z właścicieli darzyli go sympatią, inni obojętnością, jeszcze inni jakby antypatią. Sympatię rozumiał, cieszył się nią i był z niej dumny. A właścicielom wdzięczny. Zarówno był, jak i z pewnością będzie! Nawet, gdy ci znajdą sobie inny dom. Obojętność także rozumiał. Nie rozumiał jednak jednego - antypatii. Choć powód jej, zdawało by się, znał. Nie zrażało go to do czerpania radości z przebywania w wielkim domu. Przebywania wraz z innymi. I kotami i myszami i właścicielami.

Zabawy kłębkiem

Przybyły do wielkiego domu jakiś czas temu, jeden z nowych właścicieli, postanowił zająć czymś koty, by prócz pełnienia swych obowiązków, prócz zabaw, spędzały na czymś czas. I spędzały go pożytecznie. Po podłodze zaczęły turlać się kłębki wełny. Było to dla kotów tym, czym dla ludzi było zapoczątkowanie meczy futbolowych. Czymś fenomenalnym. Istnym szaleństwem! Właścicielka podrzucała kłębek w górę i ten kot, który pierwszy przejął nad nim kontrolę i doturlał go do pani, otrzymywał przesmaczne - z górnej półki zdejmowane - pożywienie. Dla niego było to proste. Z jednym kłębkiem - zbyt proste. Trzy kłębki! Właścicielka rzucała więc trzy kłębki w górę i ten kot, który doturlał do niej jako pierwszy, nie jedną, a trzy zdobycze właśnie - otrzymywał nagrodę. Starał się, czasem wychodziło, czasem nie. Naprzód! Ta zabawa polegała na tym, że każdy z kotów ustawiał się przed narysowaną na podłodze za pomocą kredy, linią i na znak pani, musiał jak najszybciej dobiec do przeciwległej ściany, po czym jako pierwszy z powrotem ową linię przekroczyć. Pomysłów na zabawy było co nie miara! Sam nieraz przykładał się do wymyślania kolejnych zabaw. Jedne wygrywał, inne przegrywał. Czasem miał wrażenie, że gdy wynik nie zależał od jego wkładu, od jego wysiłku, tylko oceny innych - dziwnym trafem podium było dla niego czymś, o czym mógł tylko pomarzyć. Być może było to wrażeniem bezpodstawnym, złym, dla pani krzywdzącym, ale myśli takie w jego głowie się kłębiły. Podobnie jak ubita w kulę wełna, którą przychodziło wszystkim kotom się bawić, a którą to zabawę oceniało powoływane do tego celu, jury.

Jury

W wielkim domu przybywało mebli, przybywało sprzętu, przybywało złota. Ono - swym blaskiem niemal raziło w oczy. Żyjąc w przepychu, coraz mniejszą uwagę zaczęto zwracać na samych kotach, ich życiu, ich uciechach, ale i troskach, a zaczęto coraz bardziej interesować się nie nimi właśnie, a ich otoczeniem. Większość kotów była szczęśliwa, pełna energii, pełna chęci do zabawy, jednak rosła ilość kotów znudzonych. Kotów, którym coraz mniej podobało się przebywanie w wielkim domu. Te za cel obrały sobie wykorzystywanie sytuacji, gdy ktoś zapomniał zamknąć okno, ktoś inny zostawił uhylone drzwi i tak szybko jak potrafiły, żegnały cztery kąty. Kilka kotów nieumyślnie opuściło ten świat, gdy po nieudanym skoku, łamały sobie kark. Mruczących czworonogów pozostało niewiele. Właściciele mieli tego pełną świadomość. Wiedzieli też doskonale, że wartość zwierzaków była - jak to kiedyś już gdzieś ktoś ujął - wysoką wielokrotnością wartości rzeczywistej zwierzaczków. Nadeszła więc najwyższa pora, by podjąć odpowiednie kroki. Właściciele postanowili zwołać tak zwane zebranie Jury. Jak postanowili, tak też uczynili. Zgromadzili się w jednym z pokoi, zamknęli go, po czym skupili się na najistotniejszych dla dobra wielkego domu, sprawach. Myszy także jakby przycichły. Coraz mniej ich było i coraz rzadziej wychodziły.

Wiatr przemiany

Deszcz nie przestawał padać. Ubrany w jakby złotą czapeczkę, jakby złoty sweterek, noszący jakby złote buciki, kot, bez przerwy wpatrywał się w nicość opadających kropel. Nie słyszał mruczenia innych swych towarzyszy, nie słyszał otwierających się drzwi do salonu i nie usłyszał też, jak właściciele, zakończywszy obrady, weszli do pokoju, w którym przebywał. Jeden z nich, o długich brązowych włosach, mogący mieć około dwudziestu czterech lat, podszedł do drzwi balkonowych. Dopiero wtedy zwierzak powrócił do rzeczywistości. Podniósł swój łeb i spojrzał na patrzącą w jego stronę, kobietę. Pozostałe koty podbiegły do niej i także swój wzrok skierowały na nią. Właścicielka podniosła lewą rękę i wskazała nią na miejsce po środku złotego salonu. Wszystkie czworonogi, on także, skierowały się w to miejsce, wyczekując na to, co miało za chwilę nadejść. Kolejna gra? Kolejne złote przedmioty tak samo wartościowe jak bezwartościowe? Kolejna informacja o tym, że któryś z kotów odszedł? Wszystkie zielone oczy zwierzaków wpatrywały się w zielone oczy ich właścicielki. Ta chwyciwszy klamkę, otworzyła balkonowe drzwi tak szeroko, że aż złote zasłony w paru miejscach zerwały się ze złotych żabek wiszących na złotych karniszach. Do pomieszczenia wdarł się chłód niesiony przez wiatr. Wiatr przemiany. Tysiące kropel deszczu zaczęło wpadać na złoty dywan. Kobieta coś powiedziała, jednak dla zwierzaków nie było to zrozumiałe. Patrzały to na nią, to na otwartą przestrzeń za otwartymi drzwiami. Nie wiedziały, że są garstką kotów, wyjątkową garstką kotów. Wiedziały za to, że są bardzo dobrze wyszkolone. Bardzo szybkie. Bardzo zwinne. Wiedziały, że nim właścicielka się spostrzeże, one będą już poza wielkim domem. Poza kłębkami wełny. Poza złotem. Poza właścicielami. Będą wolne. Tylko czy będą wtedy napewno szczęśliwsze? Szary kot w jakby złotym przebraniu spojrzał na swych towarzyszy, później znów na drzwi, na stojącą przy nich kobietę i po krótkim namyśle, analizie sytuacji, podsumowaniu tego, co sądzi o kłębkach wełny, złocie, wielkim domu oraz właścicielach...
......... uslyszalem szczekanie. Rozejrzałem się dookoła żeby zobaczyć co to i dlaczego się tak zachowuje, ale nic nie zobaczyłem. Po jakimś czasie niebo się zachmurzyło, trochę mnie to zdziwiło, bo miało być słonecznie mimo tego silnego wiatru. Nagle zapadł mrok, zaczęło grzmieć i wylonil sie pies usiadł tak jakby chciał przed kimś klęknąć nie wiedziałem, co się dzieje, gdy nagle z chmur wydobyłwydobył się strumień intensywnego światła. Pierwsze, o czym pomyślałem to inwazja z kosmosu, ale po chwili poczułem w duszy, że to coś innego tylko nie wiedziałem co. Gdy to wszystko działo się na moich oczach bałem się, ale równocześnie byłem szczęśliwy nie wiem, co się ze mną działo. Nagle coś zaczęło się wydobywać z tego światła mogłem zobaczyć obrys postaci a koło niej jakąś obstawe jakby był kimś ważnym i te postacie były czymś w rodzaju jego ochrony. Gdy postacie przybliżyły się spostrzegłem, że nie są uzbrojeni i coś mi mówiło, że są nastawieni pokojowo i nie chcą nic nikomu zrobić. W tym momencie zabralem psa i pobiegłem do domu. Gdy dotarłem do domu cieszylem sie z mojego ukochanego pieseczka jest taki slodziutki i kochany:)) , w tym momecie odnalazlem swoj cel w MF opiekowac sie swoim zwierzakiem.
No ale wtedy przybyli ochroniarze psa, OP-e. Byli nastawieni pokojowo i nie chcieli nikomu krzywdy zrobić...

(xbogx69, poproszę o pw z nazwą zwierzaka luksusowego, którego chciałbyś dostać)

no a historia toczy się nadal.. (można więcej niż jeden wpis publikować, to podwyższa szanse!)
Chcieli Tylko Kupić Pieska Lecz Pa <xbogx69> Nie Chciał Oddać Go Do Schroniska.
Wtedy Przyszła Pani Operator KaTaRzNka I Powiedziała OP-eratorom Żeby Zostawili Psiaka Bo Pan xbogx69 Się Nim Dobrze Opiekuje...
Lecz Następnego Dnia Przyszli OP-eratorzy I Wzieli Psiątko Lecz...........
Lecz.... zgoła już od dłuższego czasu dochodzące rzężenie z heblo gryzarki zwanej dalej PCtem obwieszczało koniec najtwardszej części z najtwardszych.
Dysk pada, bluskrin wywala. Koniec bajki psiaczek pada z braku zasilania i kaplicy która spadała na dysk twardy.
Papa piesku papa komputerku czas spać a nie bajki opowiadać!!!
Ochroniarzy było trzech, paskudne ryje, lepiej przy nich światła nie zapalać.
Kto chory na serce, czy cisnienie mu skacze, to moze jebutnąć w sekunde jedną.
Tak czy siak, nie zastanawiając się nad sensem posiadania przez psa, trójki wielkich, groźnych bandziorów, odzianych w czarne garniaki i czarne okulary, spiąłem pośladki w nerwach.
Serio, jak na nich patrzyłem, same na usta cisły się słowa piosenki

"(...)Zajadą czarną Wołgą,
będą z nutrii mieć czapy,
będą złote mieć zęby,
będą brudne mieć łapy,
i gdy łamać zaczną,
nie za szybko, powoli,
zbyt szybko nie wolno,
bo za mało zaboli(...)"

Tylko czemu myśle, że mam przesrane?
Co to w ogole za pies do ku%^y nędzy!?
Te zioła z Holandii, po ogromnym high'u, mają jeden mankament.
Gdy już koniec "filmu" się zapowiada, holenderski sort, włacza w mojej bani funkcję
"Przywracanie systemu".
Przywrócony do stanu używalności, rozglądam się zawsze w jakiej jestem sytuacji, i w tym przypadku patrząc na pieprzone NLO, którego kapitanem jest pies, do tego taki mini.
Te wersje dla pedałów.
I za swoich murzynów, robi mu trzech gigantów o zdecydowanie słowiańskiej twardej urodzie, to znaczy, że coś po zjaraniu nie pykło.
Teraz tak samo, jak win po przywracaniu systemu, patrze na tą groteske i coś mi niby świata, ale to tylko skrót bez katalogu docelowego.
Tak czy siak, pies-szef-mini stanął przede mną, i zaszczekał groźnie.
I, nie uwierzycie, ale jeden z drabów, wychylił się w moją stronę i zaćwiergolił radośnie, głosem w którym dało się słyszeć echo jego wcześniejszych ofiar:
- Zdrastwuj Cie towarzyszu.
My swoje chłopy, wpierw pytamy, później bijemy, pytamy śię Ciebie, dziwna istoto.
Co Ty kda se kamradzie wymyślasz tam w tej dyńce?
Ze jak na międzygalaktycznej, palec wystawisz przez lufcik, do nieznanego statku, to się nikt nie zatrzyma i Ci ich nie poupie34#5a?

Zaczeło w głowie świtać...
Się upiję i upalę, to groźny człowiek się robię...
Choćby jedna zaczepka, najmniejsza!
I jak w automacie, wystawiam środkowy palec prawej ręki,
jeżeli gostek sobie zasłużył, to odrazu go z obu rąk częstuję,
i zależnie od stanu mego upojenia, z miną człowieka o pewnych ubytkach intelektualnych, w dodatku
nie potrafiącym kontrolować mimiki twarzy przez dłużej niż 12 sekund, (znaczy, że traktuje typa z palucha, w dodatku solidną mieszankę słowną mu doprawie, chyba że, mówienie już też nie bardzo mi wychodzi, a na twarzy mam uśmiech, gniew, strach, zamyślenie i szyderstwi),
rzucam wyzwanie całemu światu.
No ale "miedzygalaktyczna"?

Ja pier...
Znowu pewno do Stworzyciela, palce wystawiałęm i wylewałem gorzkie słowa żalu,
w których jedynie wulgaryzmy dało się rozpoznać...
I patrz Go cholere...
Trzech abs'ow którzy po wyglądzie, zupełnie na poważnie przekonali mnie, bez słów, do tego, że jeden wciągnie mnie nosem, drugi przeżuje, a trzeci wypluje, by na sam koniec, pies
(cholera, nie wiem co to za rasa, wichita, yurgery, ki licho...Wyobraź sobię, że oglądasz jakąś telewizje muzyczną, a tam news o Eltonie Johnie, sam news bezsensowny, że ze swoim homoseksualnym mężem od wielu lat, Homoseksualny od wielu lat Elton, mówi, że nie adoptują tuzina afrykańskich sierot, bo
"Ja i Roy, kochamy dzieci, uwielbiamy je, i bardzo cieszyliśmy się myślą, o tym, że ktoś zaufa nam, i da nam wychowywać tuzin małych, biednych sierotek, jednak powstały pewne komplikacje.
Otóż ja i Roy, nienawidzimy hałasu, a taka pokaźna gromadka, robi go więcej, niż fani na moich koncertach, zdecydowaliśmy, że póki dzieci nie będą cichsze, zaadoptujemy tego o to maleńkiego pieska"
I wtedy elton, poprawia pokaźne i świecące nakrycie głowy, i rozchyla poły białego mieniącego się jak brokat, o-płaszcza z piórkami, wyciąga z głebin ogromną mieniącą sie jak o-płaszcz, damską torebke, na guzik, nie na zamek błyskawiczny, i otwiera guziczek wyciągając ręce radośnie w strone kamery, a tam ta mała, przypominająca bardziej włochatego szczura, niż dorosłego psa, karykatura psa, szczeka jak nakręcony pajacyk i wierci się po torbie, bo taki mały łepek nie ogarnia sytuacji.
Zbliżenie na Eltona, na twarzy ma promieniujący transseksualny uśmiech, a Jego perełkowe, jaśniuteńkie ząbki, rażą Cie po oczach, a w uszach słyszysz delikatne jak piórko słowa:
"Zachowaliśmy nasze szczęsci, Roy i ja, jednak nie mogę tak po prostu zostawić te biedne maluchy.
Dlatego napisałem dla nich tę piekny, melancholijny utwór"
I słyszysz, pierwsze akordy na fortepianie, czujesz jak mieśnie szczeki się zaciskają, i panicznie wciskasz, jakikolwiek przycisk na pilocie, byleby "to" przestało grać.
Wracając jednak do przyczyn rozmyślań, patrzę na psa, herszta mocarnych karków, i mimowolnie,
na sam widok tej genetycznej karykatury czegokolwiek, bo psa napewno nie, krzywie lekko usta w obrzydzeniu....
Mały zasrany psi syn, może ma mózg wielkości piłeczki pingpongowej, ale na moje nieszczeście,
zdążył zapełnić go takimi danymi, że bezbłędnie rozpoznał to, czego ja nie pomyślałem ukryć nawet...
Cholera, no co za paskuda genetyczna, tak czy siak, ułamek sekund, a ja znowu zmuszony do uruchamiania usług windowsa w swej głowie, po szybkim ruchu ramieniem jednego z drabów, wciskam start -> uśpij...
Cóź, tym razem, przywracanie systemu będzie bardziej boleśniejsze niż po moim melanżu, jednak mam nadzieję, że władze miasta Fotki, miasta w którym ta abusrdalna historia się wydażyła, nie odmówią mi psa-przewodnika w ramach tego...tego niesmacznego wydarzenia..
log off
Taka to właśnie rasa szefa-psa z kosmosu była.
łoooooo fuk, to ja tak palce kalecze o klawiature, a tu cholercia druga strona jeszcze....fail'd:>
Który pamiętany będzię nie przez miesiąc, dwa czy pięć, lecz latami całymi! A historia ta krążyć będzie, przekazywana z ust do ust, między coraz większą ilością ludzi. Tymczasem niewielu zna losy pewnej małej kotki, która opuściwsze swe rodzime strony...
zawędrowała caaaaaaałą drogę aż na przeciwną stronę ulicy.
Kot jak kot, bez zbędnych przygód wrócił na swoją stronę, i zajął się swoimi sprawami.
Koniec końców, wywalił się na tarasie, i cierpliwie patrzył na ulicę...
Czuł, że dziś coś się wydarzy...
właścicielom tej kotki zdawalo sie ze nie rozni sie niczym od innych kociakow. Lecz sie mylili, ta kocica miala instykt do zapobiegania zła. Gdy miala wydarzyc sie jakas tragedia w MF ukazywała sie jej duza kocica z trzema uszami i jednym okiem. Wtedy wiedziala ze cos sie zlego stanie i znow musi zapobiec kolejnej katastrofie. I tak bylo tego dnia. Lezac na tarasie i patrzac na ulice na ktorej ludzie za pogonia pieniedzy zapomnieli o moralnych wartosciach. Ukazala jej sie znow ta sama wielka kotka. po tym zjawisku spojrzala znow na ulice i.....................
zobaczyła pomalowaną na czarno opancerzoną ciężarówkę przewożącą Coins do Kasyna. Pojazd eskortowany był przez dwa Hummery, jeden jadący przed nim, otwierający konwój, drugi za nim, owy konwój zamykający. Z racji wczesnej pory, ruch na ulicy nie był zbyt duży, transport nie miał więc problemów z pokonywaniem trasy Bank - Kasyno. Nikt z jadących konwojem, nie spodziewał się jednak, że po środku drogi, około stu metrów przed nimi, pojawi się...
Nasza bohaterka, stanela przed konwojem i nie pozwolila im przejechac. Mezczyzni czekali okolo 20sekund naciskajac klakson aby kotka zeszla z jezdni. Ona byla nie ugieta i stala nadal. Jeden z nich bardzo zdenerwowany wysiadl z konwoju i podszedl do kotki aby ją sila zdjac z ulicy. Lecz gdy jego dlonie byly juz blisko niej, zadzialala jakas niesamowita sila ktora go odepchnela. Zdziwiony i przerazony facet wyjal pistolet z zamiarem zabicia malej kotki ale.......
.....zagubiona psinka. Wysiadł jeden ...podchodzi..wyciąga rękę do leżącego pieska. Psinka wcale nie okazała się TAKA KOCHANA !!!! Dziabła go; facet przeklina trzymając się za poranioną rękę, a piesek cofa się. Cofa się, aż pod murek...warczy, rzuca się. Drugi konwojent podchodzi zaintrygowany. Wrócił się po worek. Podchodzi z nim do pieska "kochanego". Jego kolega łapie, go za rękę. To nie uspokaja psa. Piesek ucieka obszczekując wszystko i wszystkich w koło....KTO SIĘ NIM ZAOPIEKUJE !!! Czy wzbudza on litość? ...Biega tylko i przeklina...NIE JEST WCALE KOCHANY :) :).
Zmęczony zasapany szuka schronienia...Schody ...drzwi...Otwiera je i.............
1 2 3 11
Wątek zamknięty — nie można dodawać postów.