
Był ciepły słoneczny dzień. Siedziałam na murku przed sklepem na przystanku, wyjęłam tomik poezji i zaczęłam czytać - tramwaj miał przyjechać za 15 minut. Siedzę zaczytana w Mickiewiczu, aż tu nagle jakiś żul zaczyna sapać za moimi plecami. Okazało się, że to ten ze zdjęcia (czyli Sowa Marcin). Odwracam się z krzywym spojrzeniem, a on na to, czy mam pożyczyć 2 złote bo zabrakło mu na piwo. Wyjmuję z portfela 2 złote i każę mu się wynosić. On podziękował, i wyznał, że wcale nie chciał tych 2 złotych, tylko chciał sprawdzić, czy mam dobre serce. Uśmiechnął się i zapytał, czy mam ochotę na spacer. Może nie był przystojny, ale miał ten błysk w oku. Nie wiem, co mną wtedy kierowało, ale zgodziłam się. Okazało się, że mamy mnóstwo wspólnych tematów do rozmowy. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Spotykaliśmy się do końca wakacji - to jakiś wspólny wypad na basen, to kino, to rolki. Moja mama bardzo polubiła Marcina. Ale to nie jest ważne. Marcin i mi był bardzo bliski. Skończyło się lato i okazje do wspólnego spędzania czasu. Każdy z nas zajmował się swoimi sprawami. Nie mieliśmy kontaktu. Któregoś dnia postanowiłam go odwiedzić. Okazało się, że on już tu nie mieszka. Pytałam sąsiadów - nikt nic nie wiedział, tylko jedna starsza kobiecina powiedziała mi, że Marcin wyprowadził się do Zgorzelca, ale dlaczego - na to pytanie nie potrafiła już odpowiedzieć. Było mi smutno, moje łzy stopiły się z jesiennym deszczem, który kropla po kropli spływał na moje lico, tak jakby wiedział, że chcę ukryć te emocje.
Nie miałam nawet do niego numer telefonu - zmienił go. Chciałam nawet jechać do Zgorzelca, ale nie znałam nawet ulicy, na której mieszkał, więc nadaremna byłaby to podróż, zwłaszcza, że Marcin był nowy w okolicy i przez nikogo pewnie jeszcze nie znany. Wydawałoby się, że już nigdy nie będzie dane nam się spotkać.
Minęły 2 lata. Któregoś dnia byłam w Centrum Katowic. Okazało się, że los i jego pokierował w te strony. Musiał pozałatwiać jakieś swoje zaległe sprawy. Na początku nie poznał mnie, ale ja go owszem. Podeszłam do niego i zapytałam, czy mnie pamięta. Poszliśmy na kawę i rozmawialiśmy jak za dawnych lat. Okazało się, że nie ma dziewczyny. Tak bardzo chciałam, żeby przeprowadził się gdzieś bliżej i żył tutaj ze mną. Nie musielibyśmy być nawet parą, wystarczyłaby mi sama jego obecność. On stwierdził, że to niemożliwe, ale nie potrafił określić, dlaczego. Powiedział, że kocha mnie, ale nigdy nie będziemy mogli być razem. Pogodziłam się z tym, potem spotkałam nawet chłopaka, z którym byłam przez miesiąc w związku, niestety okazało się, że zdradzał mnie z Hanką, a ja zdrady nigdy nie wybaczę.
Okrutny los znowu dał mi go spotkać na forum. Teraz udaje, że w ogóle mnie nie zna i jesteśmy tylko kumplami z forum, nikt z forumowiczów nie wie, że w przeszłości mieliśmy ze sobą wiele wspólnego w życiu realnym.
Dlaczego los jest tak okrutny i nie pozwoli zapomnieć?